Adopcja kota. Jak to ugryźć?

Adopcja kota

Adopcja kota ze schroniska to jeden z najlepszych pomysłów, na jakie wpadłam. Dokładnie 5 lat temu zamieszkała w naszym domu Coco Chanel. Pewnie nie pamiętałabym, że minęło dokładnie tyle czasu, gdybym podczas porządków nie natknęła się na dokument adopcyjny. Tak naprawdę mam wrażenie, że Coco jest z nami od zawsze. Stała się bardzo ważnym członkiem rodziny – takim, któremu wolno więcej i któremu wybacza się więcej niż pozostałym. Cóż, to urok Koty, która wprowadziła do naszego domu sporo kolorytu. I wbrew temu, jak wygląda, nie stała się czarnym charakterem. Wręcz przeciwnie.

Wiele psychologicznych teorii mówi o relaksujących właściwościach kotów. Coś w tym jest, bo nawet, kiedy mamy zły humor po ciężkim dniu, puszysty mrukacz potrafi pokazać trochę lepsze oblicze świata. Ale żeby nie było, że zawsze jest różowo i radośnie.

Mieszkanie pod jednym dachem z futrzakiem ma swoje blaski i cienie. W przypadku kota trzeba liczyć się z kuwetami, sierścią na meblach, drapaniem kanapy, zajmowaniem fotela, wycieczkami po kuchennych blatach i nieproszoną pomocą w rozpakowywaniu zakupów.

Adopcja to naprawdę poważna decyzja i absolutnie nie możemy brać pod uwagę możliwości jej zmiany gdyby coś później nie poszło po naszej myśli. Największą zbrodnią świata jest wzięcie do domu zwierzaka i oddanie go tam, skąd przyszedł, bo nie spełnił oczekiwań, albo to my nagle stwierdzimy, że nie damy sobie z nim rady. Dlatego trzeba się sto razy zastanowić, czy jesteśmy gotowi na przyjęcie pod swój dach zwierza i wzięcie za niego pełnej odpowiedzialności.

W naszym przypadku decyzja o posiadaniu kota była oczywista – wiedzieliśmy dobrze, na co się piszemy. W ogóle nie braliśmy pod uwagę opcji zakupu, tylko przygarnięcia jakiegoś bezdomnego zwierzaka . Nasz wybór padł na schronisko, w którym takich kandydatów nie brakuje. Teraz, po pięciu latach mogę przyznać bez cienia wątpliwości, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie wspólnie podejmowaliśmy. A tak naprawdę ściemniam – wiedziałam już to po pierwszych kilku dniach, a te pięć lat brzmi bardziej wiarygodnie.

Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma radami dotyczącymi adopcji zwierzaka ze schroniska. Może komuś coś podpowiedzą, rozjaśnią albo pomogą.

Wizyta w schronisku – jak to jest?

Słyszałam wiele opowieści o tym, jak bardzo traumatycznym wydarzeniem jest wizyta w takim miejscu. Ludzie płaczą, dostają spazmów, a w końcu wychodzą z niczym wiedząc, że i tak nie mogą przygarnąć wszystkich mieszkańców tego przybytku. Wiem z doświadczenia, że wybranie zwierzaka nie jest łatwym zadaniem. Jak na mój (delikatnie to nazwę) wysoki stopień wrażliwości na takie sprawy, wizytę w schronisku zniosłam nad wyraz dobrze. Wiedziałam, po co tam idę. Wiedziałam, że nie będzie miło widzieć dziesiątek par smutnych oczu, które patrzą z nadzieją. Dałam radę, bo skupiłam się na tym, że chcę przygarnąć kota, by było tam o jedną smutną parę oczu mniej. Nie, nie było to łatwe, ale o kwestii samego wyboru będzie dalej.

Wybór placówki

Zdecydowaliśmy się na adopcję kota ze Schroniska dla zwierząt w Lublinie. Jest to świetnie zarządzane miejsce, które organizuje wiele akcji – m.in. zabiera zwierzęta w teren w ramach imprez promujących adopcję, angażuje do współpracy gwiazdy, zaprasza na dni otwarte itd. Zwierzęta są tam bardzo zadbane i naprawdę widać, że zajmujące się nimi osoby znają ich charaktery i temperamenty. Wybraliśmy to miejsce, ale warto pamiętać o tym, że są też mniejsze schroniska, którym przy okazji wizyty można przywieźć jakąś karmę czy koce (najlepiej przed przyjazdem zadzwonić i zapytać, czy jest takie zapotrzebowanie). Jeśli wyjdziemy stamtąd z jednym uratowanym zwierzakiem, w jakiś sposób pomożemy też reszcie.

Warto rozważyć też wzięcie zwierzaka z jakiegoś stowarzyszenia lub fundacji zajmującej się pomocą porzuconym psom czy kotom. Nie będziemy przechodzić wtedy trudności związanych z wizytą w schronisku, będziemy mieli trochę mniejszy wybór, ale i łatwiej dowiedzieć się czegoś więcej o naszym potencjalnym podopiecznym. Większość takich jednostek prowadzi blogi albo strony na Facebooku, gdzie publikowane są zdjęcia i informacje o zwierzętach szukających domu. Jeśli nie jesteśmy pewni, czy damy sobie radę z opieką nad zwierzęciem przez długie lata, zawsze możemy zostać na jakiś czas tzw. „domem tymczasowym”, w którym będziemy się nim opiekować do momentu znalezienia mu domu stałego.

adopcja kota

Kociarnia

Jak wyglądają schroniskowe boksy dla psów wszyscy mniej więcej wiemy, bo przewijają się od czasu do czasu w telewizyjnych reportażach. Nie miałam jednak bladego pojęcia, jak wygląda schroniskowa kociarnia. Byłam tam pod koniec zimy, więc spodziewałam się zamkniętego pomieszczenia – i tyle tylko byłam w stanie przewidzieć. W przypadku schroniska, w którym byłam, wygląda to tak, że koty przebywają w kilku „pokojach”, w których mają przeróżne legowiska, zabawki, miski z jedzeniem i wszystkie inne potrzebne im elementy wyposażenia. Drzwi są przeszklone, więc zwierzęta można obserwować. Kiedy upatrzymy sobie kandydata na „tego jedynego”, prosimy osobę z obsługi, aby zaprezentowała nam delikwenta. Można z nim pogadać, pogłaskać, wziąć na ręce. Taki bezpośredni kontakt bardzo ułatwia decyzję.

Nie warto się spieszyć

Jadąc do schroniska często liczymy na to, że któreś ze zwierząt zdobędzie nasze serce i niejako wybierze za nas . Muszę Was rozczarować –nie wygląda to tak różowo. Każde zwierzę chce znaleźć dom i kombinuje, jak tu się przypodobać potencjalnemu, nowemu właścicielowi.

W moim przypadku nie skończyło się na jednej wizycie w schronisku. Pierwszy raz byłam tam z tatą, ale nie daliśmy rady wybrać, bo było to po prostu za trudne. Przyglądaliśmy się kotom, ale każdy był ładny, wyjątkowy i warty wzięcia. Owszem, mieliśmy kilka „typów”, ale wybór okazał się niemożliwy. Jeden z kotów szczególnie przypadł nam do gustu, ale musieliśmy to jeszcze przemyśleć, bo był to bardzo specyficzny okaz. Nie chcieliśmy popełnić błędu, więc daliśmy sobie czas. Do schroniska pojechałam tydzień później już sama i tylko po to, żeby wziąć kota poznanego podczas poprzedniej wizyty. Wróciłam z zupełnie innym…

Czego tak naprawdę chcemy?

Lekcja z mojej dwukrotnej wizyty w schronisku jest taka, że zdecydowanie warto zastanowić się wcześniej, jakiego zwierzaka chcemy. Jeśli rzeczywiście on sam nas wybierze i będziemy wiedzieli, że to „ten”, mamy sporego farta. Jednak nie liczmy, że zawsze uda nam się tak załatwić sprawę. Dla ułatwienia można zrobić sobie na przykład krótką listę cech, które powinien mieć nasz kot. Mamy spędzić z nim kilkanaście najbliższych lat, więc świadomość, jakie oczekiwania wobec niego mamy, nie jest niczym złym. Najprostsze kryteria to, na przykład, wiek, płeć, umaszczenie, usposobienie, stan zdrowia, kontakt z innymi zwierzętami (jeśli je mamy albo planujemy) czy z dziećmi (jeśli też). O tych oczekiwaniach warto porozmawiać z opiekunem, a on z pewnością przedstawi nam kilka propozycji.

Co jest najtrudniejsze?

Oczywiście, że te wszystkie biedne, wgapione w nas oczy. Zgrywam twardzielkę, która wtargnęła do schroniska, bez mrugnięcia (nomen omen) okiem wybrała zdobycz i opuściła przybytek zadowolona, że ma to, czego chciała. To nie wyglądało tak bojowo i skutecznie. Co się nachodziłam pomiedzy „kocimi komnatami”, to moje. Do dziś pamiętam jedno. Każde zwierzę, które zostało do mnie wyniesione, po powrocie do pomieszczenia siedziało przy drzwiach i patrzyło do mnie, gadało, robiło słodkie miny i bajerowało jak tylko mogło. No dobrze, nie każde. Ja trafiłam na jeden jedyny egzemplarz, który miał gdzieś moje ważne życiowe decyzje. Skoro miałam do czynienia z taką „buntowniczką”, nie mogłam przejść obok niej obojętnie.

A może by tak dorosłego kota?

W schroniskach i wszelkich fundacjach zajmujących się adopcją największą popularnością cieszą się małe kociaki. Są słodkie, dużo się bawią i rosną na naszych oczach. Ale są też mistrzami destrukcji – wiem, co piszę. Postanowiłam wziąć dorosłego kota, a będąc w schronisku jakoś tak spontanicznie dodałam, ze chciałabym wziąć takiego, który przebywa tam dość długo. Tak naprawdę byłam gotowa wziąć jakiegoś kociego staruszka (podczas pierwszej wizyty brany był pod uwagę dwunastolatek). Opiekunka pokazała mi egzemplarz, który miał być kotem, a okazał się kotą (samicy akurat nie brałam pod uwagę). Była w schronisku już 3,5 roku, więc do najmłodszych i najbardziej „chodliwych” nie należała. Nie chciała być na moich rękach, ale kiedy przez chwilę ją pogłaskałam, zaczęła bardzo mruczeć. Po tym, jak oddałam ją opiekunce, a ona ją odniosła, kota nie prosiła ani o uwagę, ani o wzięcie, tylko wróciła na półkę, na której wcześniej leżała. No wzięłam właśnie ją. Cóż mogłam innego zrobić? Siedziałaby na tej półce nie wiadomo jak długo.

Źródło: Studencki Dom Tymczasowy w Krakowie
Źródło: Studencki Dom Tymczasowy w Krakowie

Formalności

Tak naprawdę, to tylko kilka minut roboty. Wybrany kot trafia do gabinetu weterynaryjnego na szybki „przegląd techniczny” (chyba na jakieś ostatnie szczepienia), natomiast my trafiamy do biura. Tam drukowana jest umowa adopcyjna, którą podpisujemy. Są tam podstawowe informacje na temat zwierzaka (imię, wiek, płeć, rasa, szczepienia) oraz nasze zobowiązanie do opieki nad nim.

Happy end

Jadąc po zwierzaka trzeba pamiętać, żeby wziąć ze sobą jakiś transporter. Najgorszą opcją byłoby „zgubienie” przerażonego kota np. w drodze z samochodu do domu. Nowy podopieczny nas nie zna, więc w takiej sytuacji mało realne jest znalezienie go w terenie i przekonanie, żeby do nas wrócił (chociaż pewnie nie jest to zupełnie niemożliwe). Zresztą w taki sprzęt i tak musimy się zaopatrzyć na okoliczność wyjazdów (np. do weterynarza) i podróży.

Nasza Coco podróż samochodem zniosła bardzo spokojnie (siedziała na moich kolanach), ale widać było, że jest bardzo zestresowana. W domu wpakowała się od razu pod stół. Przyniosłam jej miskę z jedzeniem i podstawiłam pod nos. To był moment, w którym nastąpiło „zwolnienie blokady”. Wtedy dało się ją pogłaskać i nastąpiło intensywne mruczenie, które trwa do dziś. I to już od pięciu lat!

Zobacz również

  • P.

    Najpocieszniejszy kot świata :). A sam tekst będzie bardzo dobrym poradnikiem dla wszystkich, którzy chcieliby dać drugą szansę jakiemuś naszemu „bratu mniejszemu”. Te wszystkie zwierzaki w schroniskach na to zasługują!

    • Jeśli choć jedną osobę zachęcę do adopcji kota, to już będę przeszczęśliwa 🙂

  • Agnieszka Lucyna

    Pięknie opisane, mądrze podjęty temat, bez nachalnego epatowania trudną sytuacją zwierzaków.

    • Dziękuję! Chciałam, aby ten wpis był pomocny dla osób, które rozważają adopcję zwierząt ze schroniska. W moim przypadku była to świetna decyzja 🙂

  • Ann

    Wszystkie koty, psy i inne zwierzaki są super. Jeżeli chodzi o mnie to wolę przygarniać te bezdomne (w miarę możliwości) niż rasowe. Fajny post.

    • Dziękuję! Mam to samo – zdecydowanie wolę dać dom jakiemuś zwierzowi po przejściach. W przypadku panienki Coco wybór okazał się bardzo trafny. Potrafi się za wzięcie odwdzięczyć 🙂

  • Wszytko pięknie, ale tylko jedna rzecz się nie zgadza 😀 Nie każdy kot wie, że noc od spania 😉 Wszystkie 3, z którymi miałem do czynienia wiedziały, iż noc to czas wyścigów, wycieczek, najlepiej tak ok 3-4 w nocy dopóki się nie zmęczy 😉

    • A to akurat prawda 🙂 Moja Kota zdecydowanie woli prowadzić aktywność w nocy, a spać w dzień. Ale to tylko malutka skaza na wizerunku 😉

  • Piękna kocica. Miała szczęście, że ją uratowałaś przed życiem w schronisku.
    Cieszę się, gdy kocie historie tak dobrze się kończą, że kot zdobywa dom i swojego człowieka, a człowiek kota, futro na kanapie i mnóstwo mruczenia przez cały dzień. 🙂
    U mnie od roku mieszka Kicia. Adoptowaliśmy ją w ciężkim stanie, leczyliśmy przeszło pół roku i teraz jest radosnym kotem, który słodko do nas „grucha” i daje się miziać nawet po brzuszku i łapkach.

    • Fajnie, że zdecydowaliście się ratować kotkę, której stan zdrowia do najlepszych nie należał. Takie historie są cudowne! A futrzaki doskonale potrafią się zrewanżować miłością za wzięcie 🙂

      • Trudno sobie wyobrazić, jaka Kicia była chora. Kilkanaście razy dziennie wykonywałam przy niej różne czynności lecznicze (chore uszy, przewód pokarmowy, „bogate życie wewnętrzne”, silne przeziębienie z zajętymi zatokami). Przez ten czas Kicia miała kwarantannę w pokoju mojej córki, bo mamy jeszcze jednego kota. O dziwo, po wyzdrowieniu, ten pokój stał sie jej ulubionym, ciągle domaga się, żeby ją tam wpuścić, a jak się tylko uchyli drzwi, to z radosnym miaukiem biegnie od razu na łóżko, żeby pobiegać po notebooku córki i się do niej przytulić. Najchętniej spałaby tam, ale córa nie lubi pobudki o piątej rano w celu miziania, dlatego Kicia śpi z nami i mąż ją głaszcze o świcie.
        Ale się rozpisałam. 😉 To dlatego, ze zwierzaki są cudowne. I rzeczywiście potrafią się zrewanżować miłością.

        • Wow! Świetna historia. Najfajniejsze jest to, że córka zobaczyła czym jest troska wobec zwierza, który sam by sobie nie poradził. Dużo trudu, ale i satysfakcja ogromna! No ja jestem pod ogromnym wrażeniem 🙂