Bo z wielbłądami nigdy nie wie, oj nie wie się… – Aleksandra Boćkowska i moda w PRL

Moda w PRL

Moda w PRL to temat-rzeka. Dlatego to nie przypadek, że w kontekście książki Aleksandry Boćkowskiej „To nie są moje wielbłądy” posłużyłam się parafrazą słynnego przeboju Jerzego Połomskiego. W tekście piosenki niegdysiejszego bożyszcza całych zastępów Polek padają hasła, że w sumie to nie wiadomo czy dobrze, czy źle. I tak właśnie wyglądała moda w tych nie tak kolorowych czasach, kiedy baleriny montowało się z trampek, sukienki z pieluch tetrowych, a o spodnie toczono boje.

Publikacja Aleksandry Boćkowskiej określana jest jako pierwsza reporterska książka o modzie. I nie ma w tym ani cienia przesady, bo reporterskiego zacięcia autorce nie brakuje. Zadała sobie dużo trudu, aby dotrzeć do źródeł informacji, których w internetowych wyszukiwarkach i współczesnych modowych gazetach nie znajdziemy. Szukała w zasobach bibliotek, jeździła po muzeach, przeglądała archiwalne wydania czasopism, spotykała się z bardziej i mniej chętnymi do spotkań osobistościami dawnego świata mody. Opłacało się, bo dzięki temu mamy rzetelne źródło informacji, których na własną rękę w życiu byśmy nie poznali.

Tak naprawdę w książce więcej jest kontekstów społecznych i opowieści dookoła mody, niż opisów krojów, fasonów i materiałów. W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się, jak Warszawa podnosiła się z powojennego upadku, ile energii wymagało od pasjonatów mody stworzenie czegoś swojego, jak rosła potęga Mody Polskiej i Hofflandu, co reprezentował sobą Cedet i jak wyglądały kontakty Polski z Paryżem (a takie naprawdę istniały!). Co więcej, Aleksandra Boćkowska nie streszcza kolejnych dziesięcioleci, ale opowiada o tym wszystkim przez historie ludzi, którzy tworzyli ówczesny design: uczniów i studentów szkół plastycznych, pasjonatów wzornictwa, projektantów, fotografów, redaktorów i rysowników należących do śmietanki intelektualnej tamtych czasów. Oczywiście nie zapominając o tym, że ich praca polegała nie tylko na realizowaniu pomysłów, ale także na walce z opornym systemem, który reglamentował dostęp do wszystkiego – od materiałów, przez suwaki, sprzączki i guziki i niechętnie patrzył na to, co ma być estetyczne i „wywrotowe”, bo zwracające się w kierunku zachodnich tendencji. Dowiadujemy się też co nieco o konsumentach, którzy chłonęli nowości, czekali w kolejkach po stworzone przez Barbarę Hoff sukienki, polowali na niedostępne obuwie i przekazywali sobie z rąk do rąk magazyn „Ty i Ja”.

Moda w PRL - Ty i ja

Mimo ogromnej dawki wiedzy, książka nie jest przeładowana informacjami i nie przytłacza nimi czytelnika. Autorka nie ocenia, nie mędrkuje, nie snuje wywodów. W ciekawy sposób opisuje, przywołuje historie i serwuje ciekawostki (często są to kwiatki prosto z oficjalnych urzędowych ekspertyz i decyzji). Narracja prowadzona jest tak lekko i ciekawie, że od „Wielbłądów” po prostu nie da się oderwać. Ja połknęłam książkę Boćkowskiej w dwa dni, a i tak czuję niedosyt. Dopiero na samym końcu dowiedziałam się, o co chodzi w tej całej awanturze o wielbłądy. Wiem, ale nie powiem, żeby nie psuć Wam lektury.

Zobacz również