„Bill Cunningham New York” – Facet, dla którego ubiera się nowojorska ulica

Bill Cunningham New York

Bill Cunningham to facet, który stał się symbolem Nowego Jorku – i solidnie sobie na to zapracował. Niedawno obejrzeliśmy z moim P. niezwykle inspirujący dokument Richarda Pressa opowiadający o tym słynnym fotografie. „Bill Cunningham New York” to film o człowieku, który zapoczątkował całe zjawisko fotografii streetowej. I który stał się ikoną o wiele większą niż fotografowane przez niego osobistości (bo i takich nie brakowało).

Ale żeby nie było – nie jest to historia gościa, który snuje się po mieście z aparatem, uwiecznia ludzi, wrzuca do netu czy tam do gazet i łapie za to fanty. To opowieść o prawdziwym pasjonacie, dla którego fotografowanie ludzi i mody (właśnie w takim połączeniu) stało się sposobem na życie. Bill Cunningham będąc dobrze po osiemdziesiątce przemierzał na rowerze „Streets of New York” aby uchwycić ciekawych i dobrze ubranych ludzi.

Jego praca to historia ewolucji nowojorskiej ulicy (jeśli w ogóle o ewolucji w przypadku tego miasta może być mowa). Dokumentuje tylko te osoby, które zwracają jego uwagę – bez względu na wiek, płeć, status społeczny czy zachowanie. Dla Billa nie istnieją żadne podziały na lepszych i gorszych, znanych i nieznanych. Każdy jest dla niego tak samo ważny, jeśli tylko jest dobrze ubrany. Obserwując przez lata świat mody (także tej z półki „high fashion”) zrozumiał, że moda tak naprawdę żyje na ulicy. To ulica ją zmienia, dekonstruuje, nadaje jej nowe znaczenia. I to tam nabiera swojego pełnego kształtu – w przeciwieństwie do wyreżyserowanych, obliczonych co do sekundy pokazów.

Uchwycone przez niego osoby lądują w dwóch autorskich rubrykach „New York Timesa”, które redaguje nieprzerwanie od początku lat ’70. To z jego inicjatywy nowojorczycy mogli zobaczyć na łamach gazety spontaniczne zdjęcia gwiazd wybiegu i kina, które Bill uwiecznił na swoich kliszach. I dzięki niemu mogą obok znanych osób oglądać zwykłych przechodniów, którzy w obiektywie Cunninghama urastają do rangi najlepszych modeli. Fotografuje dla gazety nieprzerwanie do dziś, a na stronie internetowej pisma publikowane są także jego krótkie dźwiękowe komentarze dotyczące obserwacji z minionego tygodnia.

Ot, wydawałoby się – zwykły stary fotograf, któremu na ulicach Nowego Jorku nie brakuje materiału do uchwycenia.  A jednak nie do końca. Widzimy na ekranie niesamowicie ciepłą, wiecznie uśmiechniętą postać, która mieszka w jednym pokoju w Carnegie Hall (miejsce legendarne, ale bez kuchni i z łazienką na korytarzu), rower trzyma w schowku na szczotki i ubiera się w niebieską kurtkę charakterystyczną dla robotników. Żyje fotografią i to fotografia jest jego życiem. Nie ma czasu na sen, jest sam (i, jak przyznał przed kamerą, nigdy nie był w związku), a jedzenie traktuje jako obowiązek potrzebny do przeżycia. Ale bez niego nie może odbyć się żadne ważne modowe wydarzenie. Jest zapraszany na wszystkie najważniejsze imprezy, zasiada w pierwszym rzędzie na pokazach, chętnie pozują mu do zdjęć największe gwiazdy (które są dla niego tak samo ważne, jak zwyczajni nowojorczycy).

To, co najbardziej ujęło nas podczas oglądania filmu to niesłychana skromność bohatera. Bill jest już człowiekiem-legendą i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Z szacunkiem opowiadają o nim Anna Wintour i Iris Apfel, na ulicy serdecznie wita go przypadkiem spotkany Michael Kors, a francuski minister odznacza go Orderem Sztuki i Literatury. Mimo to Bill ciągle biega ze swoim aparatem i chwyta w obiektyw najważniejsze momenty i najbardziej inspirujących ludzi. Jak sam przyznaje – tak naprawdę nigdy nie pracuje, bo po pierwsze – nie jest profesjonalnym fotografem, a po drugie – cały czas robi to, co lubi i co jest jego pasją. I właśnie to w tej całej historii krzepi najbardziej. Okazuje się, że nie ścianki, nie lajki ani „znajomości” tworzą legendę. Legendę, która jest zupełnie odporna na cały szołbiznesowy splendor. Chociażby z tego powodu naprawdę warto poznać Billa.

Zobacz również