Turysto, dupa z wozu, bo koniom coś nie bardzo lżej!

Konie w drodze nad Morskie Oko

Konie w drodze nad Morskie Oko nie mają łatwo. Mają ciągnąć wozy z opasłymi turystami, ich żonami (często również z nadprogramowymi kilogramami), bagaże, dzieci razem z wózkami i szkoda tylko, że nie dorzucą jeszcze psa razem z budą. Cóż, taka koni karma. Tak ma być, bo tak nakazuje Tradycja. A Tradycja to rzecz święta (szczególnie w naszym kraju).

W każdym roku w sezonie turystycznym jest to samo. Zawsze wypływa jakaś afera, bo ktoś przewrażliwiony zrobi zdjęcie zamęczonemu zwierzęciu (któremu przecież nic się nie dzieje). Są zdjęcia, opinie ekspertów, media, petycje i protesty. A potem wszystko wraca do „normy”, bo przecież z tego żyją całe rodziny fiakrów zajmujących się tym biznesem od pokoleń. Pewnie co roku pada nie jeden koń, ale trudno ocenić, jakie są statystyki, bo z obecnością przewrażliwionych i delikatnych obserwatorów różnie bywa.

Jak to mówią, historia lubi się powtarzać. Więc nie pozostało jej nic innego, jak wrócić w obecnym sezonie turystycznym. I scenariusz jest dziwnie podobny do lat poprzednich, chociaż koniom tak się miał polepszyć los po ostatnich bataliach z udziałem organizacji ekologicznych i mediów. Koń się przewrócił, kobiety płakały, media zaczęły pisać, władze Tatrzańskiego Parku Narodowego znowu się sprawą zainteresowały i zapytały przewoźnika co tam takiego się wydarzyło.

A nie wydarzyło się tak naprawdę nic. Jest lato, to musi być ciepło. Każdemu bez wyjątku. Dotyczy to także konia, którzy przecież taki wypielęgnowany, wyczesany i zadbany, w oczy zaniedbanymi kopytami nie razi. Potknął się i narobił afery, przewrażliwieni ekolodzy zrobili alarm i polecieli do mediów, a cierpią na tym biedni przewoźnicy, którzy żyją z tego biznesu od lat. Turyści nie dość, że zapłacili ciężkie pieniądze, to jeszcze przez tego „upadłego konia” musieli zdjąć swoje dupska z wozu. Cóż za niefart. A to Morskie Oko takie piękne. Nawet w zagranicznej gazecie o nim napisali. I co teraz? Bez wozu na pewno zje ich po drodze jakiś niedźwiedź. Bo się wszystkie zwierzęta rozpanoszyły ostatnio przez tych durnych ekologów.

Nad Morskim Okiem byłam raz w życiu, w jakiejś 4 albo 5 klasie podstawówki (nawet nie będę próbowała liczyć, ile lat temu to było). Wtedy nikt jeszcze nie mówił o uciśnieniu koni. Ale bardziej niż widoki spod samiuśkich Tater pamiętam konie ledwo ciągnące ogromne wozy wypełnione stłoczonymi turystami. Z wozów wylewały się wielkie dupska, a koniom wystawały pajęczyny drobnych żył idealnie widocznych pod skórą. Pamiętam też, jak bluzgałam całą drogę i jak wkurzało to nasze panie opiekunki. Wiem, że padła wtedy propozycja jazdy nad Morskie Oko takim właśnie wozem, ale na szczęście zdecydowana większość wycieczkowiczów zrezygnowała z przejażdżki widząc te zmęczone konie. Ja z góry zapowiedziałam, że nie wsiądę choćbym miała iść tam sama i zgubić się po drodze milion razy. A komentarzy pod adresem mijających nas pasażerów konnych wozów też sobie nie oszczędzałam. Taka byłam zbuntowana. I buntuję się do dziś, ale to wszystko i tak jest jak rzucanie sianem o ścianę.

Niedawno brałam udział w idiotycznej dyskusji przy stole podczas rodzinnego obiadu. Skoro nie wpieprzam kotleta, to z góry przypisana jestem do wywrotowców, którzy za nic mają chore dzieci, bo liczy się dla nich tylko los zwierząt. A przecież zwierzęta są po to, żeby służyć człowiekowi! Koń zawsze miał za zadanie orać pole, wozić siano, paradować z młodymi parami po rynkach kilku polskich miast i dostarczać dupska turystów nad Morskie Oko. Tako rzecze Tradycja. A my (czyli ekowywrotowcy odziani w lniane pomarańczowe portki, którzy ciągle wspinają się po drzewach broniąc ptaków, żywiący się li tylko sałatą) o życiu nic nie wiemy i chcemy zabrać chleb rodzinom fiakrów, którzy po kilkoro dzieci muszą wyżywić. Ta, zabierzemy i od razu z wejścia posmarujemy smalcem. Na zdrowie.

Tylko koni żal.

Zobacz również