Letni spacer „Ulicami” w towarzystwie Dubska

Dubska na swoją nową płytę kazali nam czekać sześć lat. Kiedy po odpaleniu krążka „Ulicami” usłyszałam rozbujane „Intro” z hipnotyzującą wokalizą Dymola, od razu wiedziałam, że to może być moja płyta wakacji. Od tamtej pory nie opuściła odtwarzacza ani na chwilę i już mogę powiedzieć, że to moja płyta nie tylko wakacji, ale co najmniej półrocza. Zresztą nie sądzę, aby mogła mi się znudzić nawet po tym czasie.

Z grupą Dubska zetknęłam się po raz pierwszy w 2005 roku na jednym z letnich festiwali. Wtedy zapałałam miłością, w której trwam do dziś. A z ich dyskografii i tekstów piosenek mogłabym zdawać maturę czy jakikolwiek inny egzamin. Nowa płyta zdecydowanie wpisuje się w ten trend mojej znajomości twórczości zespołu. Są ku temu powody. Co najmniej dwanaście.

Od poprzedniego długogrającego wydawnictwa „Loko-Loko” (w międzyczasie był jeszcze mini-album „Love & Culture”) trochę się w zespole zmieniło. Brzmienia mocno powędrowały w stronę elektroniki, producentem został dobrze znany obserwatorom sceny reggae Olo Mothashipp, wydawcą Agencja Muzyczna Polskiego Radia oraz w męskim do tej pory składzie pojawiła się kobieta. I to taka, która ma piękny głos. Diana Rusinek – bo właśnie o niej mowa, świetnie uzupełnia wokale Dymitra i Marcina. Uwielbiam brzmienie jej głosu w połączeniu z wokalem Dymola w utworze „Ho’oponopono”. Mam nadzieję, że zadomowi się w składzie na dłużej. A najlepiej na zawsze.

Dubska UlicamiSłuchając po raz pierwszy wspomnianego wcześniej „Intro” od razu wyczułam, że przyszły spore zmiany. I nie pomyliłam się. Jest bardziej syntetycznie i elektronicznie, ale nie zgubiło to „ducha” muzyki Dubska. Na szczęście cały czas obecne są moje ulubione dęciaki, które jak zawsze dodają fajnego brzmieniowego kolorytu. Produkcyjnie album jest bardzo dobrze wyważony – przetworzone dźwięki wymieszały się z żywymi instrumentami, które świetnie współpracują z głosami trójki wokalistów. Obawy, że elektronika zabije cały rozbujany klimat uważam niniejszym za rozwiane.

W stosunku do poprzednich płyt zespołu nie zmieniła się w zasadzie tematyka utworów. Mowa jest o uczuciach („Miłość”), emocjach („Strach”), spotkaniach i towarzyskich historiach („Niedaleko”, „Samochodzik”) oraz o zjawiskach, z którymi wszyscy na co dzień mamy do czynienia („Stop”). Ta ostatnia piosenka to singiel, który mocno mnie zaskoczył za sprawą „połamanych”, elektronicznych brzmień zahaczających o drum’n’bass. Uwór ten dobrze sprawdza się na radiowych playlistach (jak kiedyś „Avokado”), a mnie dodatkowo ogromnie cieszy fakt, że w teledysku wystąpił rewelacyjny lubelski tancerz Aleksander Tyburek (znany jako Alkowy Funkowy). Na płycie na pewno mniej jest rootsowego grania niż na poprzednich krążkach, ale są „dubskowe”, bujające klimaty („Poor and needy” przypominające poprzednie „Życie na streecie”) oraz obowiązkowo – ska („Nie płacz siostro”).

Bardzo podoba mi się to, że grupa mimo pewnych naturalnych dla każdego zespołu zmian konsekwentnie podąża wyznaczoną przez siebie drogą. Dlatego „Ulicami” jest kolejną w ich dorobku płytą mocno opartą na szeroko pojętej kulturze miejskiej. Pamiętam, jak kilka lat temu miałam okazję oprowadzać Muchę (jednego z wokalistów) po Lublinie przy okazji wizyty zespołu na Nocy Kultury. Teraz czuję, jakby ekipa Dubska już po raz kolejny oprowadzała mnie po przepięknej Bydgoszczy (niedawno sama sprawdziłam, jak tam jest). I mimo tego, że opowiadają o swoim mieście nie pierwszy raz, to jednak cały czas mają sporo do opowiedzenia. Mam nadzieję, że chodząc Bydgoskimi (i nie tylko) Ulicami nazbierają materiału na jeszcze wiele tak dobrych i klimatycznych płyt.

Zobacz również