Przychodzi Mordor do teatru

Przyjdzie Mordor i nas zje - Teatr Osterwy

Kiedy jakiś czas temu pisałam o książce „Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka, nie sądziłam, że tak szybko przyjdzie mi zobaczyć jej adaptację na deskach teatru. Chyba w ogóle nie byłam w stanie wyobrazić sobie jakąkolwiek sceniczną wersję tej książki. Dlatego z tym większą ciekawością wybrałam się na spektakl „Przyjdzie Mordor i nas zje” w lubelskim teatrze im. Juliusza Osterwy.

Oj, chyba reżyser Remigiusz Brzyk zostanie niedługo naszym naczelnym specem od stereotypów. Kiedy patrzyłam na jego najnowszy spektakl, ciągle nasuwały mi się skojarzenia z przedstawieniem „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” Pawła Demirskiego, w którym rozprawiał się z naszymi przywarami narodowymi. Tym razem Brzyk wyprawił takiego Polaka na Ukrainę, żeby poszukał hardkoru, który zgotował dla niego Szczerek, a uscenicznił Michał Kmiecik.

Skoro Ukraina, to obowiązkowo: chlanie (m.in. słynnego balsamu Wigor wpływającego na potencję – choć z treścią ulotki nikt się nie zapoznawał), prostytutki, smutni panowie w dresach i sportowym obuwiu, dziurawe ulice, poszukiwanie śladów polskości, żebrzące dzieci, cmentarz Łyczakowski i głowy Lenina (tym razem nie znad pianina, a z lodówki dla odmiany). I jeszcze rozpalający serca studentów polonistyki z UW Bruno Schulz, któremu trzeba zapalić znicz. Ku chwale literatury, a jakże.

Łukasz – główny bohater grany jest przez kilka osób, dzięki czemu staje się takim trochę everymanem. Na swojej drodze spotyka całą plejadę niezwykle wyrazistych postaci, które nie tylko towarzyszą mu podczas wycieczki, ale także pokazują, jaka jest Ukraina i jacy jesteśmy my sami. Trafia na przyjaznych doradców, którzy podpowiadają, gdzie szukać słynnego ukraińskiego hardkoru, na nieco mniej przyjaznych cwaniaków, przypałowych punkowców wdychających i pijących wszystko, co tylko da się wdychać i pić oraz nawiedzone studentki z Polski.

Michał Kmiecik i Remigiusz Brzyk wybrali z książki kilka wątków, które zostały rozbudowane i które pozwoliły poznać różne zjawiska po jednej i drugiej strony granicy. Jedną z kluczowych dla spektaklu scen było spotkanie z Tarasem – Ukraińcem o polskich korzeniach, w którego rewelacyjnie wcielił się Przemysław Gąsiorowicz. W wesołość wprawił wszystkich zasiadających na widowni odtańczony z gracją polonez, podczas którego przekazywano sobie kandelabry oraz tajemnice rodu o szlacheckich korzeniach. A powracający co jakiś czas na scenę Józef Piłsudski stanowczo i obrazowo komentował, opowiadał i przypominał o pewnych historycznych wydarzeniach. I nie bał się rzucić kilka razy siarczystym bluzgiem.

W całym spektaklu bluzgów nie brakowało, ale tak właśnie skonstruowana jest ta opowieść. I nie ma, że teatr, że kultura i „motyla noga” zamiast „chuja”. W przerwie specjalnie przysłuchiwałam się komentarzom osób zasiadających na widowni Osterwy. Podejrzewałam, że w takim przybytku mogło znaleźć się kilku purystów językowych, u których siarczyste hasła mogły wywołać oburzenie. Ale nic podobnego. Nikt nie wyszedł, nikt nie ziewał. Zresztą nie miał ku temu powodów, bo twórcy spektaklu zręcznie żonglowali wątkami i bawili się konwencjami. U mnie już na wejściu mieli brawa za odwagę – bo na pewno nie było łatwo zmierzyć się z tak dobrą i tak niesceniczną książką. A po spektaklu owację za całokształt, bo dawno nie widziałam tak dobrego przedstawienia.

Przyjdzie Mordor i nas zje - Teatr Osterwy

Przyjdzie Mordor i nas zje - Teatr Osterwy

Zdjęcia: Bartek Warzecha

Zobacz również