W starym kinie: Rita Hayworth jako femme fatale

W starym kinie Rita Hayworth

Dawno, dawno temu, gdy miałam kilka lat, jednym z najważniejszych niedzielnych rytuałów było oglądanie wraz z Dziadkiem programu „W starym kinie”. Stanisław Janicki prezentował w nim co tydzień różne filmy sprzed lat. Myślę, że właśnie stąd wzięło się moje zamiłowanie do czarno-białych filmów. I dlatego tak chętnie odwiedzam Iluzjon, gdzie takich propozycji repertuarowych nie brakuje.

Ostatnio wybraliśmy się z P. do tego warszawskiego kina na film w ramach cyklu „Femme fatale”. Tym razem chcieliśmy zobaczyć na ekranie słynną Ritę Hayworth, która zagrała główną rolę w produkcji „Gilda” z 1946 roku. Film aktorsko znakomity, chociaż fabuła czasem była aż za bardzo zawoalowana. Przystojniak Johnny Farrell dostaje pracę w dużym kasynie i jest prawą ręką właściciela (który na boku robi jeszcze inne nie do końca prawe interesy). Pewnego dnia szef wraca z jednej ze swoich „biznesowych” podróży i zapoznaje Farrella ze swoją młodą i piękną żoną – Gildą (tu w wielkim stylu pojawia się Rita Hayworth). Oboje nie dają tego po sobie poznać, ale znają się dobrze i żywią do siebie płomienne uczucia. Oficjalnie się nienawidzą, a tak naprawdę chcą znowu być razem – chociaż sami przed sobą się do tego nie przyznają. Farrell obiecuje szefowi pilnować Gildy, której tryb życia daleki jest od modelu przykładnej i wiernej żony. Potem są różnego rodzaju biznesowe i erotyczne perypetie, w czasie rozwoju akcji odbywa się kilka strzelanin i pada kilka trupów, a i tak uwaga skupiona jest na Ricie Hayworth, która przez cały film czaruje wdziękiem. Może do mnie jej typ urody nie do końca przemawia, ale z pewnością jest o wiele ciekawsza od tak wysławianej przez tłumy Marilyn Monroe, która niedługo później zepchnęła ją z aktorskiego piedestału. Talentu aktorskiego i wokalnego z pewnością nie można Ricie odmówić. Potrafi zaczarować śpiewem i tańcem. I ta słynna scena ze zdejmowaniem satynowej rękawiczki:

Cieszę się, że istnieją takie miejsca, jak Iluzjon. Gdyby nie one, pewnie w ogóle odpuściłabym sobie jakiekolwiek wycieczki do kina. Może sale na tych seansach nie są wypełnione po brzegi, ale ludzie jednak chodzą na te filmy. Można zobaczyć w nich to, czego multipleksy pokazać nie chcą i nie mogą (co jest zrozumiałe, bo tabelki nie będą się zgadzały). Popcornu tam nie zjesz, ale nie musisz, bo filmy są na tyle ciekawe, że nie trzeba ich sobie i innym umilać chrupaniem i żłopaniem coli. W sumie można byłoby te produkcje znaleźć gdzieś w sieci (jeden z naszych profesorów na dziennikarstwie zwykł mawiać, że „w necie jest wszystko”), ale zupełnie inaczej ogląda się je na dużym ekranie.

I znów wspomnienie o wspaniałym Stanisławie Janickim i cyklu „W starym kinie”. Jego największą siłą było to, że autor ciekawie opowiadał o tym, co zaraz znajdzie się na ekranie, umieszczał akcję w konkretnym kontekście i przedstawiał sylwetki reżyserów, aktorów oraz postaci. Odkąd pamiętam, zawsze oglądaliśmy razem z Dziadkiem ten program, choć na początku kompletnie nie rozumiałam jego zachwytów nad starymi, trzeszczącymi filmami z ludźmi o nienaturalnie białych twarzach i prawie czarnych ustach. Teraz już dobrze wiem, o co chodziło…

Zobacz również

  • P.

    Najbardziej ciekawy wątek w całej sprawie jest taki, że nawet po latach i pewnej zmianie kanonów piękna wielu facetów nadal podziwia urodę Hayworth. Być może ma to związek z odrodzeniem mody na pin-up girl, których Hayworth mogłaby być matką chrzestną ;). A tu jeszcze taki bonus, jak doskonale wykorzystać film w filmie – http://www.youtube.com/watch?v=Ikl59XnaiJg 🙂