Jeremi Przybora i opolskie „Scenki i obscenki”

Jeremi Przybora na festiwalu w Opoli

Jednym z bohaterów 52. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu był Jeremi Przybora. Nie wiem, kiedy tak bardzo czekałam na jakieś artystyczne wydarzenie transmitowane przez telewizję. Gdy kilka miesięcy temu Magda Umer na swoim fanpejdżu wspomniała, że pracuje nad scenariuszem koncertu z okazji setnej rocznicy urodzin Przybory, od razu wiedziałam, że to będzie dobra rzecz. Oczekiwania były ogromne – w komentarzach pojawiały się zachwyty nad pomysłem oraz przewidywania, że widowisko będzie na miarę poświęconego twórczości Agnieszki Osieckiej „Zielono mi” z 1997 roku.

Ucichły już komentarze po Festiwalu, minęła ekscytacja kreacjami gwiazd, skończyły się utyskiwania nad poziomem artystycznym (lub raczej jego brakiem) oraz domysły, komu w końcu dał w mordę Donatan. Niewiele osób już zapewne pamięta, kto wygrał Debiuty i kto zasiadał w żenującym jury koncertu Premier. Ja pamiętam dwie rzeczy – braci Golec zapinających góralskie pasy Skaldom (do dziś zadaję sobie pytanie: dlaczego?*) oraz koncert poświęcony twórczości Jeremiego Przybory. O ekscesie z wątkiem góralskim za chwilę zapomnę, a koncert z pewnością zapamiętam. I mam nadzieję, że nie tylko ja.

„Scenki i obscenki czyli Jeremiego Przybory piosenki!” miały być hołdem dla założyciela i autora tekstów Kabaretu Starszych Panów. Podczas dwugodzinnego koncertu pojawiły się przeboje takie jak „Wesołe jest życie staruszka”, „Przeklnę cię”, „Jeżeli kochać”, „Żegnaj kotku” czy „Smutny deszczyk”. Łączyły je opowiadane przez Magdę Umer historie bardziej lub mniej skomplikowanych relacji międzyludzkich, których tłem były bary, kawiarnie i spotkania nie zawsze kończące się happy endem.

Zaśpiewali, opowiedzieli i zagrali m.in. Grzegorz Turnau, Anna Maria Jopek, Joanna Kołaczkowska, kabaret Mumio, Hanna Śleszyńska, Zbigniew Zamachowski, Grzegorz Małecki, Grupa MoCarta, Piotr Machalica oraz przedstawiciele Pożaru w Burdelu – Tomasz Drabek, Lena Piękniewska, Monika Babula, Mariusz Laskowski i Karolina Czarnecka. Postanowili nie kopiować Michnikowskiego, Gołasa, Kwiatkowskiej i Jędrusik, tylko odegrać role po swojemu. A łatwo z pewnością im nie było…

Kilka dni po koncercie Magda Umer ujawniła kulisy przedsięwzięcia. W opublikowanym na facebookowym profilu wpisie opowiedziała o znikającej (praktycznie do zera) wskutek narastających opadów deszczu publiczności oraz o niezmordowanej grupce pijanych ćwoków (ich akurat nazwała kowbojami), którzy skutecznie utrudniali pracę występującym na scenie artystom bluzgając, krzycząc i niszcząc scenografię. Pewnie – co tam muzycy i wokaliści, co tam scenografia, oświetlenie i cała reszta. Igrzysk się zachciało. Zastanawia mnie tylko, dlaczego nie zostali przez nikogo wyprowadzeni. Realizatorzy musieli stanąć na głowie, żeby koncert nie zakończył się katastrofą. Szczególnie, że do trudności dołączyły rozstrajające się instrumenty oraz zepsute kamery (sztuk pięć).

A jednak się udało. Ja oglądałam cały koncert z zapartym tchem i ogromną uwagą. Oczywiście – były lepsze i gorsze momenty, bardziej i mniej udane interpretacje piosenek. Ale całość wyszła naprawdę dobrze – przede wszystkim dzięki artystom, którzy nie dali wyprowadzić się z równowagi.

Jeremi Przybora to twórca, który szczególnie zasługuje na taki muzyczny hołd w stolicy polskiej piosenki. Mam nadzieję, że telewizja jeszcze nie raz pokaże ten koncert – nawet mimo tego, że nie zostały uwiecznione reakcje publiczności. Chociaż w tym przypadku to akurat dobrze…

* to chyba było w ramach umowy sponsorskiej jakiegoś spa…

Zobacz również